wtorek, 22 czerwca 2010

z warkoczem

sobie raczej warkocza nie zaplotę...
a tak mi się marzy...
Łucji nie zaplotę...czasem da sobie kitajce zrobić,
ale i tak szybko,
i w pełnej konspiracji uwalnia swój kłak...:))
Mikowi już szybciej zapleść coś by można było,
tylko,że płeć mu przeszkadza w noszeniu zaplotów...
a rączki swędzą mnie straszliwie...
no muszę,chcę,zrobię!!!
i tak przez ostatni czas skręciłam trzy koszyczki...
-motylkowy,na walające się dziurkacze,zszywacze i różne inne inności
-kolorowy,myślę jeszcze...pokrywka z dziczą afrykańską zwieńczyłaby
dzieło...a tak na marginesie,ten koszyczek powstał z myślą
o pozbyciu się resztek kolorowych rureczek,których zawsze brakowało do
wymodzenia czegoś konkretnego...także,jak ktoś posiada takie resztki,
może sobie takiego koloraska spleść...
-brązowy z rączkami...bo zawsze mi jednej osłonki na beee doniczkę brakowało
i zawsze,jak coś sobie zrobiłam,to znalazł się chętny na owy produkt...

wszystkie trzy zakończone wariacjami warkocza...
ciężko mi teraz będzie uwolnić się od niego...
w głowie już rodzą się następne sploty,
także szykujcie się na następne koszykowe szaleństwo:))

pozdrawiam wszystkich odwiedzających i zostawiających ślad po sobie,
miło mi się Was czyta...zawsze...